lewy_sp
Dzielnica
Ślizgawka
Bar "Fawory"
Tu się zaczeło...
Powstanie Warszawskie
Hala Targowa na Żoliborzu
Ks. Zygmunt Trószyński
"ALKAZAR"
Chomiczówka
Fuszerka urbanistów
na Żoliborzu
Republika Żoliborska
... jest taka dzielnica
w Warszawie
Autobus 116
 
O AUTOBUSIE 116 dawniej Ł


wyszukał i opracował: Roody

Kiedyś w autobusie jadącym na Żoliborz jakaś pani spytała konduktorkę:
- Proszę panią, czy to już Nowy Świat?
- Nie, Miodowa. A dokąd pani jedzie?
- Ja? Do moji bratowy.

Potem, gdy na uniwersytecie uczono mnie socjologii, ten dialog stanowiłby dobry przykład objaśniający kilka elementarnych pojęć tej dyscypliny. Myślę, że mógłbym dokładnie określić czas tej rozmowy, tak zresztą jak czas wszystkiego, czego doświadczyłem w autobusie z Żoliborza.

Zdarzyło się to z pewnością w czasach, gdy jeszcze były konduktorki, a zarazem mogło to nastąpić już po uruchomieniu linii łączącej Sady Żoliborskie z Ogrodem Botanicznym, linii rozpoczynającej się na Powązkach, skąd najpewniej jechała owa pani, więc gdzieś w roku 1965.

Przedtem autobus łączący Żoliborz z miastem – 116, dawniej Ł – kursował między placem Wilsona (którego nowa nazwa w ciągu dwudziestu lat jakoś się jeszcze nie przyjęła w dzielnicy) a placem Trzech Krzyży.

Zacząłem nim regularnie jeździć od roku 1950, wracając ze szkoły Batorego. Rankami jeździłem raczej za lub obok, przy nie zamykających się jeszcze wówczas automatycznie drzwiach, niż ściśle w środku autobusu. Jeśli wracałem bezpośrednio po sześciu lekcjach, do mego autobusu zawsze wsiadała na placu Trzech Krzyży szczupła młoda pani, bardzo delikatnej urody, o włosach koloru odrobinę zszarzałego zboża, zwiniętych w płaski kok. Nie umiałem wtedy jeszcze opisać jej sposobu ubierania się, choć uderzała mnie jej elegancja. Wysiadała nieodmiennie przy kościele Świętej Anny i przechodziła na drugą stronę Krakowskiego Przedmieścia. Później dowiedziałem się, że była to córka architekta Pniewskiego (budowniczego sądów na Lesznie, który również po wojnie zaprojektował kilka dużych gmachów), jeżdżąca na obiad do Związku Literatów. Z racji tych spotkań przestałem ze sobą wozić obowiązujący uczniów worek z kapciami, które odtąd zostawiałem w szkole. Dopiero od Miodowej zaczynałem zauważać pewną szczególną atmosferę autobusu żoliborskiego.

W roku 1952 rozpocząłem studia uniwersyteckie i jeździłem tym autobusem często czterokrotnie w ciągu dnia. Jeszcze jako uczeń, powodowany prostą ciekawością, rozebrałem dokładnie pierwszy ofiarowany mi zegarek, a brak cierpliwości, by go choć w części złożyć, nie tylko pozwolił mi dość rozsądnie wybrać kierunek studiów, ale sprawił, że jeszcze długo pozostawałem bez własnego zegarka. Czas jednak zawsze mogłem dokładnie określić według obecności współpasażerów. Lecz znacznie bardziej niż punktualna regularność fascynowały mnie zasłyszane rozmowy. Jeśli dziś podróżujemy po mieście raczej w milczeniu, przerywanym chyba tylko poddaniem w wątpliwość sprawności kierowcy przy nagłym hamowaniu, donośnymi komentarzami umundurowanych lub tajnych funkcjonariuszy sprawdzających bileciki, to dawniej w tramwajach i innych autobusach było zawsze bardzo głośno: banalne kłótnie przeplatały się z nieinteligentnymi spostrzeżeniami.

W autobusie żoliborskim rozmawiano. Szybko zdałem sobie sprawę, że jakby nie znajdowała tu zastosowania reguła wzbraniająca słuchania tego, co nie do nas jest mówione. Nie były to w jakimś sensie rozmowy prywatne, nie odsłaniały w najmniejszym stopniu sfery intymności rozmówców ani osób trzecich, choć umiano w nich wyrażać daleko posunięte sympatie. Bardzo pasowało do nich zdanie, które później przeczytałem u Wrighta Millsa:

Wykształcony członek prawdziwej publiczności potrafi przekształcić swe doświadczenie osobiste w zagadnienia społeczne, dostrzec ich znaczenie dla swej społeczności oraz znaczenie swej społeczności dla własnych spraw osobistych.

Chcąc opowiedzieć to dokładnie, muszę zaraz dodać, że wczesne lata pięćdziesiąte nie były okresem szczególnie ożywionej debaty, okresem kiedy to dzieci wybiegały do przodu, a dorośli idąc wolniej prowadzili liberalne rozmowy na aktualne tematy. Państwo Ossowscy, będący ozdobą tego autobusu, jeździli wtedy tylko do Biblioteki Uniwersyteckiej, nie na Uniwersytet. A jednak w autobusie żoliborskim rozmawiano.

Łagodne, powściągliwe opinie, jakie tam zasłyszałem, ocaliły mnie przed lekturą wielu niepotrzebnych książek i skłoniły do czytania kilkunastu innych. Być może te lektury książek, o których wtedy usłyszałem, także lektura paru książek napisanych przez pasażerów tego autobusu, uzupełniając parę zasłyszanych tam opowieści, parę pytań, parę wątpliwości, kilka powiedzeń, w których rozpoznałem żart, dały mi razem to poczucie intensywności.