lewy_sp
Dzielnica
Ślizgawka
Bar "Fawory"
Tu się zaczeło...
Powstanie Warszawskie
Hala Targowa na Żoliborzu
Ks. Zygmunt Trószyński
"ALKAZAR"
Chomiczówka
Fuszerka urbanistów
na Żoliborzu
Republika Żoliborska
... jest taka dzielnica
w Warszawie
Autobus 116
 
Kazimierz Brandys


Opracowała: Donata Marta Rapacka "Donkej"

Mam dla Pani pewną propozycję: Żoliborz. Niech Pani jej nie traktuje w sensie mieszkaniowym; wiem, że Pani lubi swój obecny adres i nie zamierza go zmieniać. Proponuję Pani Żoliborz nie jako dzielnicę, lecz jako światopogląd i obyczajowość. Jest to część Warszawy od dawna zamieszkała przez pracującą inteligencję - dzielnica o tradycjach świeckich, spółdzielczych i demokratycznych. Namawiam Panią na ten model.
Pierwszą cechą żoliborzanina jest rozwinięta świadomość swojego miejsca zamieszkania. Żoliborzanin nie mieszka w Warszawie, tylko na Żoliborzu, tak jak Mickiewicz na Litwie. Prawdziwa polskość rodziła się przeważnie pod znakiem Pogoni, najlepsza warszawskość - między Cytadelą a Laskiem Bielańskim. Drugą cechą żoliborzanina jest uspołecznienie. Żoliborz miał zawsze koncepcję urządzenia kraju, był dzielnicą z programem społecznym, rozwijał akcje ideowe. Wytworzył swój autentyczny typ życia, bardzo europejski a zarazem nic nie mający wspólnego imitacją: obyczajowość zrzeszonego inteligenta, o skromnych środkach i żywych potrzebach kulturalnych, czytelnika-dyskutanta, krytycznego świadomego widza. Żoliborz mniej pije od innych dzielnic, mieszka i ubiera się mniej modnie niż, dajmy na to, Saska Kępa, czyta więcej niż Mokotów czy Śródmieście, żoliborskie szkoły mają swój własny społecznikowsko-laicki charakter. Dla uzupełnienia obrazu powinienem dodać, że teatrem przedwojennego Żoliborza było "Ateneum" Jaracza, pisarzem - Boy, a pismem "Czarno na białym". Wreszcie o silnej indywidualności tej dzielnicy świadczy fakt, że ona jedna chrzci mieszkańców swą nazwą. Niech Pani spróbuje powiedzieć "ochociarz" lub "czerniakowianin" - jakoś to nie wychodzi.
Proszę Pani, ten obraz jest idealny, bo służy do skonstruowania pojęcia. W życiu bywa różnie (jak kiedyś rzekł Heidegger), toteż może się zdarzyć, że na Żoliborzu zamieszka świniowaty kołtun. I odwrotnie - sam mam przyjaciół, klasycznych Żoliborza, którzy mieszkają na Marszałkowskiej 18. No, to pojęcie już mamy. "Żoliborz" jest to typ kultury możliwy dla Polaka. Powtarzam: możliwy, czyli taki, który się przyjmuje, który ma szansę na masowość. Oho, już widzę Pani minę: co na to powiedzą w piwnicy "Pod Baranami"? jak się ustosunkują taszyści i czy termin "masowość" nie wywoła fali oburzenia na wyższych uczelniach? Więc żeby uniknąć zarzutu zdrady głównej, zawiadamiam Panią, że do powyższych refleksji pobudziła mnie moja podróż: współczesne Włochy są krajem kultury masowej.
Pisałem już Pani o tłumie spacerowiczów, przepływającym w ciepłe wieczory przez Corso, Lista di Spagna czy piazza di Ravegnana. Jest to tłum gwarny i pogodny, dostatnio a nawet modnie ubrany, trzeźwy i nierozrzutny. O wiadomej porze wychodzi z kin, o innej drzemie przy zapuszczonych żaluzjach, w pewne dni tygodnia o ustalonej godzinie zbiera się przy telewizorach, w niedziele zalewa stadiony. Przed nocą powraca do mieszkań: sen jest tu kapitałem, którego się nie trwoni. Tak mniej więcej wygląda druga połowa dnia. Pierwsza połowa to godziny pracy. Tłum staje się wówczas częścią precyzyjnego automatu, który narzuca wiążącą dyscyplinę, żąda maksymalnego wysiłku i przeprowadza nieustanną selekcję z punktu widzenia przydatności. To wystarcza. Płaca ustawia tu człowieka w hierarchii społecznej, otwiera mu sprawdzalne perspektywy, reguluje jego nadzieje i marzenia. Każdy wie, co i za ile może kupić, każdy wie z grubsza, co będzie mógł kupić za rok lub dwa. Olbrzymi i rozliczny asortyment towarów stanowi tu realne tło życia ludzkiego, dziedzinę uczuciowych związków między człowiekiem a rzeczą. Produkcja stwarza wyobraźnię milionowych mas, kieruje ją ku sobie, nasyca barwą i światłem, daje jej nową substancję i dynamizm, podnieca zmiennością mody. Jest to szczególne napięcie - nie wypaść z tego mechanizmu, nadążać za nim, istnieć. Nasza epoka celuje w tworzeniu obwodów zamkniętych: system warunkuje człowieka - człowiek utwierdza system.
Oho, oho, znowu mina: więc chwalicie współczesny kapitalizm, towarzyszu? ej, tęskno wam do ciuchów? I pióro drży mi w dłoni. Otóż komunikuję wam, droga towarzyszko, że włoskie ciuchy, tandeta czy bazar Różyckiego istnieją także. Istnieją w sposób straszny i krzyczący. Widziałem je w bogatej, dostojnej Bolonii - w Bolonii la dotta i la grassa, na sporym placyku w śródmieściu: nędza tam rozłożyła na bruku swoje ostatnie posiadanie. Gdyby Pani mogła to sobie wyobrazić! Przeżarte rupiecie, barachło, żelastwo zjedzone rdzą, jakieś szczątki zegara czy kranu, jakieś szprychy połamane, okulary stłuczone, nocnik - nocnik z dziurą… Wszystko jak gdyby wzięte z opisów najbiedniejszych ulic żydowskich Ludziach Bezdomnych albo z przedwojennych galicyjskich miasteczek - wszystko to woła nieszczęściem, brudem, brzydotą, poniżeniem. Rozumie Pani? Ciuchy tutejsze są czymś zupełnie innym niż warszawskie: są handlem wymiennym nędzarzy, wzajemną samopomocą tych, którzy nic nie mają, obszarem wyłączonym z automatu.
Bo ów automat, proszę Pani, wspiera przede wszystkim żywotny organizm warstw średnich (których nie nazywam drobnomieszczańskimi z uszanowania dla nerwowych lęków naszych przyjaciół i krewnych); bo ów automat produkuje - codziennie, co godzinę, co minutę, w skali ogromnej i ciągle rosnącej - typ człowieka średniego, nie-proletariusza i nie-kapitalisty, człowieka pracy i zarobku, człowieka średnio dobrej woli, o średnim światopoglądzie średnich uczuciach społecznych, typ nieskomplikowanego nabywcy i trochę ograniczonego myśliciela - krótko mówiąc, typ nowy nie w sensie jakości, lecz uderzający jako ilość, jako seria. Ta wielko średnia o różnorodnym pochodzeniu socjalnym, wyposażona w produkty cywilizacji, odziana w seryjne towary, uzbrojona w przyrządy, odżywiana witaminami i zabawiana kinem, prasą, sportem, telewizją - narzuca pewien nowy stan faktyczny, swój modus, swoją egzystencję. Jest to raczej kariera niż awans społeczny. Jest to coś więcej niż cywilizacja i coś mniej niż kultura. Coś, co już jest kształtem, a jeszcze nie jest modelem. Pogranicze faktu i świadomości, ruchu i kierunku. Ale masowy zasięg tego zjawiska nadaje mu cechy plebejskie i demokratyczne, o czym śpieszę Pani donieść, zanim wrócimy na Żoliborz.
Z góry Panią uprzedzam, że nie będę pisał o "nowym człowieku". Ja też mam swoje tiki na dźwięk pewnych słów. W okresie, gdy starałem się nadążać za rzeczywistością, działacze społeczno-kulturalni tak zwracali się do literatury: "Towarzysze, na fabrykach hutach rosną nowi, socjalistyczni ludzie. Ich zaufania nie wolno wam zawieść. Oczekują od was pomocy." Robiło to silne wrażenie. Po czym działacze społeczno-kulturalni jechali do fabryk i hut i tak mówili do robotników: "Towarzysze, w naszych miastach rosną nowi, socjalistyczni pisarze. Oczekują od was pomocy. Nie wolno wam zawieść ich zaufania." Wywierało to również mocne wrażenie. Następnie dochodziło do spotkania w świetlicy. Ponieważ każda ze stron uważała drugą za nowszą i bardziej socjalistyczną, panował nastrój nieco naprężony. Po godzinie działacze społeczno-kulturalni podsumowywali dyskusję i nazajutrz pisali artykuły do prasy o wymianie nowych, socjalistycznych doświadczeń między klasą robotniczą a literaturą. W rezultacie cyfry produkcji stały się nieco sztuczne, a sztuka - produkcyjna.
Między innymi dlatego nie chcę Pani narzucać przekonania, że na Żoliborzu wyrósł nowy człowiek. Z drugiej jednak strony coś się przecież zmieniło. Jesteśmy inni niż 10 czy 20 lat temu, stanowimy odmienny specyfik w porównaniu ze średnią Zachodu. Tak, ale nasza swoistość jest trudna do uchwycenia, bo nie obrębia jej wyraźny kontur materialny. Sfera otaczająca człowieka jest u nas płynna, szarawa, nienasycona rzeczami. Człowiek manifestuje się w naszym polskim życiu poprzez swój ustny stosunek do pojęć, zjawisk i faktów, natomiast praktycznych stosunkach między ludźmi brak nam tkanki łącznej, jaką może dać tylko produkcja. Tkwimy w dziurach i próżniach atmosferycznych, które najłatwiej zapełnić alkoholem. Wódka stwarza fascynujące iluzorium, jak gdyby wtórną rzeczywistość zabarwioną pozorami związków: "być na bańce" to oznacza jakąś kondensację teraźniejszości, zagęszczenie pustki. Każdy odczuwa potrzebę realiów zewnętrznych, ruchliwego potoku form, kontrastów i światła; alkohol je zastępuje - tworzy wewnętrzne realia, wewnętrzny ruch zdarzeń, temperaturę i światło. "Pijany walczy - tłumaczył mi niedawno pewien młody poeta - pije i walczy, pan rozumie?" Można i tak to nazwać, proszę Pani. Walką o produkcję towarów psychicznych. Ostrzegam Panią, że wygrana w tej walce trwa krótko.
Ale, jak mówię, mój idealny typ żoliborzanina mniej pije od innych. Niech się pani rozejrzy np. po salach teatralnych: "Żoliborz" stanowi w nich zawsze część frekwencji. Bo "Żoliborz" nie skapitulował. Dziury społeczne, rozrzedzone przestrzenie życiowe - chce zapełniać kulturą. Wątpi Pani, czy to istotnie mieszkańcy Żoliborza? Nie to jest najważniejsze; mogę Panią zapewnić, że bez względu na to, w jakiej mieszkają dzielnicy, są Żoliborzem w swoich środowiskach. Ważne jest to, że są, że nie przestali istnieć jako treść społeczna. Powinna Pani przywiązywać wagę do ich obecności. Gdyby w teatrze nagle wybuchł pożar, może Pani być spokojna, że znalazłaby się grupa widzów, którzy by po pierwsze: usiłowali zapobiec panice; po drugie: wezwali straż ogniową; po trzecie: ratowali z płomieni, co i kogo się da. Potem wsiedliby w tramwaj, żeby wrócić do domu i w najbliższą niedzielę wygłosić w dzielnicy pogadankę o niebezpieczeństwie pożarów oraz metodach gaszenia. Być może, pogadanka zawierałaby cytaty z Przedwiośnia i garść wspomnień z obozów harcerskich. Otóż z pełną odpowiedzialnością mogę Pani zaręczyć, że wszyscy ci panowie są mieszkańcami Żoliborza, przynajmniej w moim pojęciu.
W porównaniu ze średnią Zachodu ich wyposażenie cywilizacyjne przedstawia się nader skromnie. Nie mają ani telewizorów, ani lodówek, ani skuterów, ani air condition… Nie mają prawie nic prócz dobrej woli. Brak im współczesnej instrumentacji, która nadaje rytm kulturze, brak im tła, oprawy codziennego życia, dobrze działającej aparatury usług i atrakcji. Pozostaje im praca, książki, brydż, trochę sztuki, trochę sportu - turystyka w granicach kraju. I dyskusja o tym jak jest i jak być powinno.
Mają o tyle mniej, a stanowią o tyle więcej. Oto, proszę Pani, jeszcze jedna zagadka naszej nieprzeniknionej ojczyzny. Bo wbrew wszystkiemu ich żoliborskie treści duchowe, ich ambicje i pojęcia - są lepszą, wyższą propozycją nowego humanizmu niż przeciętna świadomość człowieka Zachodu. Może Pani na nich liczyć w czymkolwiek, co ma związek z ideą obywatelską, z poczuciem prawa społecznego. Udzielą Pani poparcia w potrzebie tolerancji okażą się z Panią solidarni w niechęci do fanatyzmu; jednakże nie odstąpią od paru zasad, które część ludzkości postawiła sobie w walce o wolność. Są uczciwymi gwarantami kultury narodowej - pielęgnują jej ciągłość jako odbiorcy i stanowią trwały adres dla współczesnej twórczości. Jednym słowem zabezpieczają Panią przed najgorszym: przed samotnością we własnym narodzie.
Niech się Pani nie dąsa, nie zamierzam wygłaszać pochwały na cześć jeszcze jednej abstrakcji. Stawiam sprawę po prostu. W naszym życiu istnieją nie docenione wartości i nie wykorzystane siły (jesteśmy tym zakresie wielkimi specjalistami). Jedną z nich jest "Żoliborz", czyli obecność uspołecznionej warstwy obywatelskiej, która ma szanse stworzenia "polskiej socjalistycznej średniej" - ambitnej kierunkowej dla naszego rozwoju.
Pytanie: jak to zrobić? Proszę Pani, w Polsce wszystko polega na takich pytaniach. Jak to zrobić? Właśnie dlatego łeb mi tutaj pęka! Tutaj, w tych rajskich krajobrazach, ciągle dzwoni mi w uszach tramwaj warszawski ze swoim nudnym, jazgotliwym pytaniem: jak to załatwić? jak to zrobić?
Niech mi Pani daruje, na dzisiaj mam tylko jedną odpowiedź: wiedzieć. Wiedzieć, że jest taka dzielnica w Warszawie...