lewy_sp
Dzielnica
Ślizgawka
Bar "Fawory"
Tu się zaczeło...
Powstanie Warszawskie
Hala Targowa na Żoliborzu
Ks. Zygmunt Trószyński
"ALKAZAR"
Chomiczówka
Fuszerka urbanistów
na Żoliborzu
Republika Żoliborska
... jest taka dzielnica
w Warszawie
Autobus 116
 
Przerwane wspomnienia



Tekst poniższy pochodzi z książki pt "My chłopcy z Żoliborza Przerwane wspomnienia" autorstwa Zdzisława Szczyt-Niemirowicza. Wydana ona została w Warszawie w 2001 roku przez Centrum Badań Kosmicznych PAN. Tekst jest może przydługi, ale ale uwzględniając treść nie mogłem sobie odmówić zacytowanie części wspomnień. Zachęcam do przeczytania ich w całości.
 
"Wspominam Żoliborz jako jasną, pełną zieleni dzielnicę, gdzie wszystko było na właściwym miejscu, moc fajnych kolegów i koleżanek gotowych do zabawy i bitki. Wspominam Żoliborz oficerski, czyste ulice, jasno otynkowane wille, oddzielone od chodników obrzeżonymi żywopłotami przyciętego, karłowatego bukszpanu. Widzę posterunkowych na służbie, z paskiem czapki pod brodą, wolno przechodzących uliczkami, zabraniających odstępu wszystkim podejrzanie wyglądającym osobnikom. Na całym Żoliborzu latem spotykało się różnych wędrownych sprzedawców. Byli to w większości ludzie ze wsi. Brzmi mi jeszcze w uszach wołanie wiejskich kobiet sprzedających "bagno na mole, bagno", pamiętam sprzedających czarne jagody i poziomki, tych, którzy proponowali raki trzymane w wykładanych liśćmi pokrzywy koszykach, górali oferujących oscypki, kierpce, drewniane czerpaki i ciupagi. Widywało się również Hucułów, sprzedających noszone na ramieniu barwne kilimy, oraz śliczne inkrustowane kolorowymi paciorkami drewniane pudełka i szerokie, zdobione miedzią pasy z grubej skóry. Na jesieni spotykało się wieśniaków handlujących słomiankami. Inni specjalizowali się sprzedaży wiklinowych koszyków. Żydów w naszej dzielnicy spotykało się rzadko. Byli to głównie "szmaciarze" w długich, wyświechtanych chałatach skupujący używane ubrania, zużytą bieliznę i różne gałgany, krzyczących głośno "handele, handele". Od czasu do czasu widziało się również na rogach ulic żydowskich sprzedawców kręconych obwarzanków tzw. "bajgełe" i nanizanych na cienki sznurek maleńkich posypanych solą brązowych precli. Bardzo lubiłem te dwa rodzaje obwarzanków i zawsze wypraszałem od Mamy kilkadziesiąt groszy na ich zakup. W lecie kręcili się po ulicach lodziarze, szczególnie w pobliżu szkół przed zakończeniem lekcji. Jedni byli w białych płóciennych marynarkach i czapkach, a sprzedawali z białych wózków ręcznie ukręcone lody w różnych smakach, znajdowały się one w kilku aluminiowych, przykrytych pokrywami pojemnikach; drudzy również w białych kurtkach i czapkach sprzedawali z dużych zawieszonych na szyi, pomalowanych na zielono skrzynek gotowe, oblane czekoladą lody "Pingwin" lub "Eskimos" na patyku. Najmniejszy rożek ukręconych lodów kosztował 5 groszy, średni - 10, a największy, w którym mieściły się cztery kulki, 20 groszy. Lody "pingwin" i "Eskimos" kosztowały również 20 groszy. Pamiętam także piaskarzy, jadących pełnymi furmankami, wołających monotonie "Do piasku białego, wiślanego". Piasek ten latem służył do wysypywania ścieżek w przywillowych ogródkach, w zimie do wysypywania chodników, aby zapobiec ślizgawicy. Regularnie przyjeżdżali na Żoliborz hycle łapać psy luzem biegające po dzielnicy. Samochody hycli miały metalowy pojemnik w kształcie przeciętego wzdłuż osi walca, pomalowany na zielono, oznaczony literami ZOM (Zakład Oczyszczania Miasta), z otwieraną klapą z boku lub z tyłu. Psy łapali przy pomocy zaciskającej się pętli przymocowanej do długiego drewnianego drąga. Nienawidziliśmy hycli serdecznie i gdy tylko pojawiali się na horyzoncie przeganialiśmy wszystkie psy wałęsające się na ich drodze. W przygniatającej większości były to psy posiadające właścicieli, które po prostu wybrały się na przechadzkę, bądź też na amory, wymykając się z ogródków. Od czasu do czasu widywało się idących raźnym krokiem posłańców w czerwonych maciejówkach opatrzonych osobistym numerem, niosących korespondencję, kwiaty bądź też jakąś inną przesyłkę. Blachę z tym samym numerem mieli na piersiach. Wszyscy, których pamiętam byli już w zaawansowanym wieku, wąsaci w wysokich butach i wyglądali nobliwie. Spotkanie kominiarzy w czarnych zapiętych pod szyją uniformach i cylindrach uważane było za przynoszące szczęście i widząc ich trzeba było załapać się za guzik. Z reguły było ich dwóch: majster niosący na ramieniu długą zwiniętą linę zakończoną wielką metalową kulą i młody pomocnik z kolistymi szczotkami i długimi dającymi się połączyć tyczkami, do których te szczotki były przymocowane. Na placu Wilsona, przed wejściem do parku był zawsze jeden lub dwóch fotografów ze skrzynkowymi aparatami na szklane klisze. Można było się sfotografować na naturalnym tle parku albo w sztucznym "dekorze" wkładając głowę w otwór kabiny wymalowanego samolotu, bądź na tle "jak żywego" wysokogórskiego krajobrazu. Z tych dwóch ostatnich możliwości korzystały w niedziele głównie pomoce domowe ze swymi strażackimi adoratorami lub też odświętnie ubrani mieszkańcy pobliskiego Marymontu. W tym samym miejscu urzędował stale również czyściciel butów."
Panorama Placu Wilsona i ulicy Krasińskiego w kierunku Wisły. Za tramwajami widać duży plac przed wejściem do Parku Żeromskiego. Północną pierzeję ulicy Krasińskiego (od strony lewej) stanowią budynki należące do: I kolonii WSM, Spółdzielni "Akord" oraz budynek Krasińskiego 6 wchodzący w skład Żoliborza Dziennikarskiego