| |
| Przerwane wspomnienia |
Tekst poniższy pochodzi z książki pt "My chłopcy z Żoliborza Przerwane wspomnienia" autorstwa Zdzisława Szczyt-Niemirowicza. Wydana ona została w Warszawie w 2001 roku przez Centrum Badań Kosmicznych PAN. Tekst jest może przydługi, ale ale uwzględniając treść nie mogłem sobie odmówić zacytowanie części wspomnień. Zachęcam do przeczytania ich w całości. |
 |
|
| |
"Wspominam
Żoliborz jako jasną, pełną zieleni dzielnicę, gdzie wszystko było
na właściwym miejscu, moc fajnych kolegów i koleżanek gotowych do
zabawy i bitki. Wspominam Żoliborz oficerski, czyste ulice, jasno
otynkowane wille, oddzielone od chodników obrzeżonymi żywopłotami
przyciętego, karłowatego bukszpanu. Widzę posterunkowych na służbie,
z paskiem czapki pod brodą, wolno przechodzących uliczkami, zabraniających
odstępu wszystkim podejrzanie wyglądającym osobnikom. Na całym Żoliborzu
latem spotykało się różnych wędrownych sprzedawców. Byli to w większości
ludzie ze wsi. Brzmi mi jeszcze w uszach wołanie wiejskich kobiet
sprzedających "bagno na mole, bagno", pamiętam sprzedających czarne
jagody i poziomki, tych, którzy proponowali raki trzymane w wykładanych
liśćmi pokrzywy koszykach, górali oferujących oscypki, kierpce, drewniane
czerpaki i ciupagi. Widywało się również Hucułów, sprzedających noszone
na ramieniu barwne kilimy, oraz śliczne inkrustowane kolorowymi paciorkami
drewniane pudełka i szerokie, zdobione miedzią pasy z grubej skóry.
Na jesieni spotykało się wieśniaków handlujących słomiankami. Inni
specjalizowali się sprzedaży wiklinowych koszyków. Żydów w naszej
dzielnicy spotykało się rzadko. Byli to głównie "szmaciarze" w długich,
wyświechtanych chałatach skupujący używane ubrania, zużytą bieliznę
i różne gałgany, krzyczących głośno "handele, handele". Od czasu do
czasu widziało się również na rogach ulic żydowskich sprzedawców kręconych
obwarzanków tzw. "bajgełe" i nanizanych na cienki sznurek maleńkich
posypanych solą brązowych precli. Bardzo lubiłem te dwa rodzaje obwarzanków
i zawsze wypraszałem od Mamy kilkadziesiąt groszy na ich zakup. W
lecie kręcili się po ulicach lodziarze, szczególnie w pobliżu szkół
przed zakończeniem lekcji. Jedni byli w białych płóciennych marynarkach
i czapkach, a sprzedawali z białych wózków ręcznie ukręcone lody w
różnych smakach, znajdowały się one w kilku aluminiowych, przykrytych
pokrywami pojemnikach; drudzy również w białych kurtkach i czapkach
sprzedawali z dużych zawieszonych na szyi, pomalowanych na zielono
skrzynek gotowe, oblane czekoladą lody "Pingwin" lub "Eskimos" na
patyku. Najmniejszy rożek ukręconych lodów kosztował 5 groszy, średni
- 10, a największy, w którym mieściły się cztery kulki, 20 groszy.
Lody "pingwin" i "Eskimos" kosztowały również 20 groszy. Pamiętam
także piaskarzy, jadących pełnymi furmankami, wołających monotonie
"Do piasku białego, wiślanego". Piasek ten latem służył do wysypywania
ścieżek w przywillowych ogródkach, w zimie do wysypywania chodników,
aby zapobiec ślizgawicy. Regularnie przyjeżdżali na Żoliborz hycle
łapać psy luzem biegające po dzielnicy. Samochody hycli miały metalowy
pojemnik w kształcie przeciętego wzdłuż osi walca, pomalowany na zielono,
oznaczony literami ZOM (Zakład Oczyszczania Miasta), z otwieraną klapą
z boku lub z tyłu. Psy łapali przy pomocy zaciskającej się pętli przymocowanej
do długiego drewnianego drąga. Nienawidziliśmy hycli serdecznie i
gdy tylko pojawiali się na horyzoncie przeganialiśmy wszystkie psy
wałęsające się na ich drodze. W przygniatającej większości były to
psy posiadające właścicieli, które po prostu wybrały się na przechadzkę,
bądź też na amory, wymykając się z ogródków. Od czasu do czasu widywało
się idących raźnym krokiem posłańców w czerwonych maciejówkach opatrzonych
osobistym numerem, niosących korespondencję, kwiaty bądź też jakąś
inną przesyłkę. Blachę z tym samym numerem mieli na piersiach. Wszyscy,
których pamiętam byli już w zaawansowanym wieku, wąsaci w wysokich
butach i wyglądali nobliwie. Spotkanie kominiarzy w czarnych zapiętych
pod szyją uniformach i cylindrach uważane było za przynoszące szczęście
i widząc ich trzeba było załapać się za guzik. Z reguły było ich dwóch:
majster niosący na ramieniu długą zwiniętą linę zakończoną wielką
metalową kulą i młody pomocnik z kolistymi szczotkami i długimi dającymi
się połączyć tyczkami, do których te szczotki były przymocowane. Na
placu Wilsona, przed wejściem do parku był zawsze jeden lub dwóch
fotografów ze skrzynkowymi aparatami na szklane klisze. Można było
się sfotografować na naturalnym tle parku albo w sztucznym "dekorze"
wkładając głowę w otwór kabiny wymalowanego samolotu, bądź na tle
"jak żywego" wysokogórskiego krajobrazu. Z tych dwóch ostatnich możliwości
korzystały w niedziele głównie pomoce domowe ze swymi strażackimi
adoratorami lub też odświętnie ubrani mieszkańcy pobliskiego Marymontu.
W tym samym miejscu urzędował stale również czyściciel butów." |
Panorama Placu Wilsona i ulicy Krasińskiego
w kierunku Wisły. Za tramwajami widać duży plac przed wejściem
do Parku Żeromskiego. Północną pierzeję ulicy Krasińskiego (od
strony lewej) stanowią budynki należące do: I kolonii WSM, Spółdzielni
"Akord" oraz budynek Krasińskiego 6 wchodzący w skład Żoliborza
Dziennikarskiego
|
|
|
|
|